TAK ROBOCZO, TROCHĘ WSTĘP.

Marta Tomaszewska, WYPRAWA TAPATIKÓW, ilustracje Józef Wilkoń, Warszawa, 1974.

     Słowem krótkiego wstępu, od lat noszę się z nikczemnym zamiarem, wprowadzenia sobie w zastaw zajęć, bieżącą redakcje, opracowań tematycznych z dziedziny historii sztuki. Niedawno uderzyło mnie to szczególnie, kiedy w zakresie wielogodzinnego materiału na YT, swoją uwagę zdeprecjonowałem w przestrzeni omówienia związków przyczynowo-skutkowych w zakresie lore świata w pełni wymyślonego, z absolutnie wyjętą z zadka przestrzenią zestawów symbolicznych, dla świata, w którym jakaś wściekła masa ludzi zaangażowanych w gry komputerowe, doszła do wniosku, że tą swoją uważność pozwoli sobie zdefragmentować tylko czymś takim. Zrobiło mi się dziwnie, ponieważ mamy całkiem prawdziwy zestaw znaczeń pojęciowych, symbolicznych, ten czy inny sposób matrycujących świadomość naszego termosu kulturowego, w wymiarze naszej namacalnie ugruntowanej rzeczywistości. A do tego, jest ona tak dominująca w sposób świadomy lub nie uświadomiony, że wszystko co jest gdzieś tworzone w zakresie konstrukcji fabularnej, jest niczym innym jak blikiem refleksu rzeczy, które są lub już gdzieś, kiedyś były.
    Wyszło mi zatem, że przyczynków na dobrą opowieść, mam w niezdrowym nadmiarze na regałach książkowych półek, zatem wypada się tylko nad nimi pochylić, wybrać coś subiektywnie fajnego, przepracować to warsztatowo i podać w formie np wpisu blogowego. Tym bardziej, że to jest nieustające kino drogi po manowcach historii, wrażliwości, emocji oraz innych bytów, towarzyszących ludziom w sposobie ich myślenia i tym jak owo myślenie przekładało się na percepcje sztuk plastycznych. Może warto się nad tym pochylić i zobaczyć co niechcący z tego może wyjść ;)

Stanisław Kobielus, Niebiańska Jerozolima, Od sacrum miejsca, do sacrum modelu, Warszawa, 1989.

Obecnie bawię się poznaniem zawartości książki Pana Stanisława Kobielusa, pt Niebiańska Jerozolima, Od sacrum miejsca, do sacrum modelu, Warszawa, 1989. Jest to jeden z moich ulubionych autorów, chociaż tak obiektywnie, ów gentleman wykonując ciężką pracę stworzenia takiego zestawu wiedzy, stosuje wygodny obszar wniosków, opartych o dowód wynikający ze źródła pisanego, rozumianego zwykle dosłownie (czasem wydaje się być to zbyt dosłowne i trochę nieco wybiórczo metaforyczne - ale w sumie kto nam - spekulantom frywolnej myśli - zabroni). I to jest fajne, gdyby nie to, że źródłowo na każdą okoliczność można znaleźć coś co uzasadni logikę znaczeniową sposobu naszego myślenia. Książka niepozorna, wydana w trudnych już czasach, u schyłku swojskiej świetności rynku wydawniczego, przypuszczam, że w nikczemnie małym nakładzie 3 k egzemplarzy (Jeżeli dobrze odczytuje symbolikę skrótów cyfrowo-literowych, określonych w stopce redakcyjnej). Pozycja wyjątkowo ważna, chociaż mocno niepozorna. Ponieważ idea Niebiańskiej Jerozolimy tli się w sztuce okresu średniowiecza i czasów nowożytnych niemalże cały czas i wszędzie. Nieustająco odwołujemy się do mętnych zapowiedzi św. Jana w Apokalipsie, doświadczamy przepięknych perspektyw powietrznych z błękitami miast w malarstwie nowożytnym, liczymy symboliczne wieże i bramy w bryłach nic nam niemówiących budowli, czy podziwiamy cudnie powykręcane kolumienki wspierające baldachimy konfesji świętych czy monumentalne gzymsy nastaw ołtarzowych. Wszędzie tam mamy gdzieś nadpisaną Niebiańską Jerozolimę, nawet jeżeli nie mówi nam o tym wdzięcznie wywinięta banderolka za napisem Jerusalem ;) Zresztą tak uroczo, kiedy człowiek sobie uświadomi, jak to w sumie mocno zaściankowe w swoim czasie miasto, stało się tyglem kulturowym świadomości ludzi różnej wiary, wrażliwości i sposobu patrzenia na życie. Co do tej pory stanowi zaczyn pozornie nierozwiązywalnych problemów, w przestrzeni naszych oczekiwań i pragnień, które często również dzisiaj, odnajdują swoje również dramatyczne rozstrzygnięcia w imię idei Niebiańskiej Jerozolimy ;) trochę to przerażające ;)

    No i dlaczego Stanisław Kobielus, chociaż jest dla mnie jeszcze inny historyk sztuki z podobnym zacięciem do redakcji lepszego cytatu na każdą okoliczność. Myślę, że moja nieumiarkowana słabość wynika z pewnego wygodnictwa. Gość ma inklinacje do redakcji encyklopedycznego zestawu pojęć, w którym upycha wiele, na każdą możliwą okoliczność. I to jest w sumie bardzo spoko, bo w myśleniu symbolicznym jak i próbie wyjścia z enigmatycznego wrażenia ładności w stan świadomego rozumienia przestrzeni przedstawiającej, taki zbiór wiedzy to doskonałe środowisko narzędziowe. Inaczej, pudło z wytrychami, z którego zręcznie i trochę wg naszego uznania (tego jedynie słusznego ;) możemy wyciągnąć cokolwiek i spróbować utkać wątek względnie spójnego kontekstu rzeczy, które chcielibyśmy rozumieć. To wygodne i zręcznie układa życie ;)

Jeszcze na koniec, to zapiski warsztatowe, chaotyczny zbiór notatek i niewybredny zestaw wniosków, jakie przylepiają się do głowy. Nie przywiązuje się do myśli tu ułożonej, to raczej przetwornik danych i wymuszony nieco katalizator refleksji, mniej lub bardziej ułomnej ;)

Komentarze